PL       RU  

Strona główna Aktualności Historia Wybitni działacze polscy Losy Azerbejdżan Kontakty
Copyright © www.polonia-baku.org Wszystkie prawa zastrzeżone

LOSY

PAMIĘĆ SERCA

Historia rozdżielonej rodziny

Moja mama, Walentyna Jefimowa, urodziła się w 1924 roku, w Obwodzie Leningradzkim. W 1942 roku, w czasie II Wojny światowej została wywieziona na roboty do Niemiec. Mojego ojca, Stefana Gniłkę, także przymusowo wysłano z Polski na roboty do Niemiec. Ojciec pochodził z miasteczka o nazwę Wydrzyn, gmina Czarnożyły, powiat Wieluński.

Tam, w Niemczech właśnie, poznali się moi rodzice. Mieszkali oboje w obozie oddalonym o 45 km od Hamburga, w pobliżu miasta Stade. Ojca skierowano do pracy w fabryce, a mama pracowała jako służąca do 1945 roku, kiedy to angielskie wojsko wyzwoliło wszystkich jeńców.

Urodziłam się w Stade 16 września 1945 roku. Ochrzczono mnie również w Niemczech, moimi chrzestnymi rodzicami zostali Polacy – chrzestny Wojciech Cziesław , chrzestna – Nina Bronisława z Łodzi. W 1946 roku nasza rodzina przyjechała do Polski. Wydawało się, że nasze życie zacznie się stabilizować, jednak przed rodzicami kryło się jeszcze wiele nowych życiowych prób...

Wkrótce sowiecka władza wojskowa przymusowo wysłala z Polski moją mamę, jako obywatelkę ZSRR z powrotem do Rosji. Ojciec był w rozpaczy, nawet porwał mnie i ukrywał. Znaleźli go jednak, odebrali mnie ojcu i nic nie mógł na to poradzić. Po naszym z mamą przymusowym wyjeździe do ZSRR kontakt z ojcem został utracony...

Mama po powrocie do Rosji była regularnie wzywana na przesłuchania NKWD, aż w końcu wysłano ją do obozu na wyrąb lasu. Tam spędziła całe swoje życie i tam też zmarła, a ja zostałam nie tylko bez ojca, ale i bez matki. Wzięła mnie do siebie babcia.

W Rosji było mi trudno żyć i uczyć się, a potem pracować, gdyż w moich dokumentach widniał zapis – „miejsce urodzenia Niemcy”. Starałam się udowodnić, że mój ojciec był Polakiem, ale stosunek do mnie pozostawał nieżyczliwy. Sczególnie trudno mi było w szkole – nauczyciele z premedytacją zaniżali oceny. Wrogo odnosiły się do mnie też inne dzieci, często były dla mnie bezwzględne i brutalne, nazywały mnie „faszystką”...

W 1966 roku poznałam mojego przyszłego męża, wzięliśmy ślub i wyjechaliśmy do Azerbejdżanu. Dziś mam wspaniałą rodzinię, dobrego męża i trójkę dzieci. Wszyscy w naszej rodzinie mają wyższe wykształcenie. Mąż jest lekarzem – ekspertem sądowo-medycznym, starsza córka Tamiła została stomatołogiem, syn Sewin skończył ekonomię międzynarodową, młodsza córka Sabina pracuje jako prawniczka. Jestem zadowolona ze swoich dzieci. Mam też czteroletnią wniczkę – o mieszanej, polsko-azerskiej urodzie – duże ciemne oczy i jasne złociste włosy.

Nigdy nie zapomniałem o swoim ojcu i szukałam go przez długich 50 lat. Zwracałam się do wszelakich instytucji i organizacji, a nawet do telewizji (do audycji „Czekaj na mnie”), pisałam do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, zwracałem się o pomoc do ochotników. Poszukiwania utrudniała sytuacja panująca w ZSRR, zamknięte granice, uniemożliwiony dostęp do archiwów niemieckich i sowieckich.

Ostatnimi laty do poszukiwań aktywnie włączył się mój syn Sewin. I kiedy już prawie straciliśmy nadzieję, po tylu latach oczekiwania – nagle w odpowiedzi na ogłoszenie syna zamieszczone w Internecie, skontaktowała się z nami kobieta z Polski i zaczęła aktywnie pomagać w poszukiwaniach. Nazywa się Alicja Cybulska i mieszka w Ustce. Wkrótce nasze wspólne wysiłki zaczęły dawać rezultaty. Po zwróceniu się do wojskowego archiwum w Niemczech i długiej z nimi korespondencji, otrzymaliśmy się w końcu kopie dokumentów z danymi mojego ojca – mejsca urodzenia, imię i nazwisko. W niemieckim dokumencie nazwisko ojca było przekręcone – zamiast Stefan Gniłka zostało zapisane Stefan Gnieke, co nie zgadzało się z moimi dokumentami. Mój syn pojechał wyjaśnić tę sprawę na miejscu, w Niemczech.

W końcu poszukiwania zakończyli się powodzeniem. Dowiedzieliśmy się, że ojciec po wojnie zamieszkał we Wrocławiu, założył tam drugą rodzinę i mamy kuzynów!

Do tej pory nie mogę uwierzyć w ten cud! Jaka szkoda, że nie udało mi się spotkać ojca za życia, mocno objąć go i powiedzieć, jak bardzo brakowało mi go przez te długie lata, że przez całe życie chroniłam w sercu pamięc o nim, nie tracąc nadziei na spotkanie, nie przestając go szukać, ile by mnie to nie kosztowało. Dziękuję Bogu, że chociaż dane mi było stanąc nad jego mogiłą, wziać grudkę ziemi przy jego domu, w którym przeżył całe życie, stanąć w domu, którego ściany, choć na wpół zburzone były mi tak drogie, że był dla mnie jak najpiękniejszy zamek...

Ponadto, mam po ojcu trzech braci: Zygmunt, Aleksander i Ryszard. Niestety, Ryszarda, najstarszego z braci, już nie dane mi było zastać przy życiu. Okazało się jednak, że mam 9 bratanic i 2 bratanków!

W 2010 roku, w sierpniu, pojechałam wraz z dziećmi na wesele mojej bratanicy Agnieszki –córki Zygmunta. Na weselu poznałam wielu krewnych. Krewni przyjechali z Niemiec, Francji, Anglii, Włoch i nawet dalekiej Australii. Bracia powiedzieli mi, że to zaledwie połowa mojej dużej rodziny. Większego prezentu od losu nie mogłabym wyobrazić: całe życie czułam się sierotą w obcym kraju, nie wiedząc, że w Polsce mam tak dużą i serdeczną rodzinę. Poznałam także swoją ciocię, która kiedyś, w moim dalekim dzieciństwe niańczyła i opiekowała się mną. Dzieci – moje i bratankowie, bardzo się zaprzyjaźnili. Kontaktują się ze sobą i opowiadają o swoich krajach, interesują się kulturą i tradycjami krajów.

Bardzo dobrze było mi w Polsce, moje dzieci były tam bardzo serdeczne przyjęte, rodzina odniosła się do nas z wyjątkowym cieplem i gościnnością. W rodzinie Gniłki powstało drzewo genealogiczne ze wszystkimi krewnymi. Stworzył je mój ociec. Ma tam swoje miejsce i moje imię – Mirosława.

Po tylu latach osamotnienia, nie mając już nadziei na znalezienie ojca, nie mogłam sobie wyobrazić, że Bóg mnie tak wynagrodzi i na stare lata spełni się moje największe marzenie. Nie dane mi było żyć razem z ojcem, poznać go, ale otrzymałam szansę obcowania z rodzinami moich braci. Teraz już nikt nie rozłączy mnie z moją rodziną. Dzwonimy do siebie, kontaktujemy się i będziemy się odwiedzać.

Kiedy gościliśmy w Polsce, żona mojego brata Helena, codziennie przygotowywała nam bardzo smaczne polskie dania, jest świetną gospodynią i bardzo dobrym człowiekiem. My zaś, próbowaliśmy ich zadziwić tradycyjnymi azerskimi smakołykami. Po spotkaniu zostało wiele ciepłych wspomnień, które grzeją duszę w oczekiwaniu na następne spotkanie.

Tak więc, spotkanie w niewoli moich rodziców, którym przyszło przeżyć straszne, pełne niesprawedliwości czasy, w końcu doprowadziło do połączenia tylu różnych ludzi w wielu krajach.

Lidia Mirosława Gniłka-Gusejnowa

Czasopismo "Kaukaska Polonia", N 39

Rycerz Olgierd



Losy ludzkie przypominają warstwy cebuli – krajesz plasterki i ronisz łzy. Często prawda o życiu dociera do nas zbyt późno – kiedy przychodzi pora sadzić cebulki kwiatów na grobie.

Pierwsza warstwa

Serżyk miał cztery latka, gdy jego rodzice postanowili kupić mu braciszka. Z tego powodu mama przywiozła do dziadków pierworodzonego wnuka. Wyzwolony z więzów żłobka „następca tronu” przyjechał do Baku z ograniczonym światopoglądem i ogromnym plastikowym bagażem – figurkami indian, rycerzy i dwoma torbami czołgów. Trafiwszy do raju, w otoczenie ubóstwiających go ludzi, Serżyk szybko poczuł się jak w domu – zorientował się w sytuacji, uśćiskał dziadka i babcię, a prababkę – starowinkę Bronię – ugryzł w policzek.

Stosunki między prawnuczkiem i prababcią nie ułożyły się poprawnie z dwóch powodów; po pierwsze „blada twarz” Bronia źle widziała, i dwukrotnie, w drodze do toalety rozdeptała kilku nieszczęsnych hasających po dywanowej prerii; po drugie, na jej podbródku i górnej wardzie rosły włoski, i kiedy Bronia spróbowala ucałować wnuka, ten wywinął się i ugryzł prababcię. Ledwo powstrzymujac łzy, niczym zła wiedźma, Bronia nastraszyła Sierżyka:

- To nic, nic! Pierwsza ręka zimna, a trzecia gorąca. Przyjdzie wuj Olek, złoi ci skórę rzemieniem!

Czy ugryzienie przeszkadzało prababcie mówić, czy Sierżyk ze strachu przed „trzyręką” istotą źle usłyszał „wuj Olek”; dość, że na świecie pojawił „Dadaliaka” – tajemniczy posiadacz rzemienia praworządnośći.

- Bój się, smarkaczu! Dadaliaka przyjdzie! – i obawa przed straszną, nie do uniknęcia karą, wymierzoną gorącą ręką za występki i przewinienia zmuszała Sierźyka do zaprzestania szaleństw, do posłuszeństwa Broni. Widmo Dadaliaki słuźyło do umocnienia wszelkich tabu, a także sprzyjało spożyciu kaszy manny. Z której strony nie patrzeć, manna kasza jest mniejszym złem, niż wizyta „trzechrękiego” Dadaliaki.

Druga warstwa

Wuj mamy, Olek, były czołgista i weteran wojny ojczyźnianej mieszkał obok wieży z zegarem na Montino, często odwiedzał swą mamę Bronię, mieszkającą w domie architekta Gosławskiego przy ulicy Widadi. W tym roku 9 maja zdążyła się nieodwracalna katastrofa. Komendant batalionu czołgów nie miał pojęcia, że jest Dadaliaką, i zgodnie ze swym zwyczajem poszedł odwiedzić matkę. Usłyszawszy „a oto i wuj Olek”, Sierżyk ile sił w nogach popędził do najdalej położonego pokoju, schował się pod łóżko i zaczął rozpaczliwie płakać, kategoricznie odmawiając opuszczenia kryjówki. Dorośli po naradzie postanowili siąść do stołu bez ukrywającego pierworodnego.

Sierżyk opuścił kryjówkę dopiero wtedy, gdy dwóch jego wujów zaintonowało nie całkiem poprawnie, ale energicznie jego ulubioną piosenkę:

- Tri tankista, tri wesołych druha,
Ekipaż maszyny bojewoj!

Wysoki, postawny przystojniak Dadaliaka siedział przy stole ze wszystkimi swymi orderami na piersiach i żartował. Zażartował, że imię prababci Bronia tak wpłynęło na jej dzieci, iż w czasie wojny on został majorem zbrojnych sił czołgistów, a dziadek Serżyka remontował zbrojne okręty wojęnne Armii Radzieckiej, atakowane pod Stalingradem przez niemeckie bomby i pociski. Wszyscy lubili Dadaliakę, gdyż był bardzo wesoły i wszystkich rozśmieszał. Sierżyk nie rozumiał wtedy jego żartów, ale polubił Dadaliakę za to, że ten podarował mu prawdziwą furażerkę czołgisty z kokardą.

Sierżyk początkowo myślał, że – ponieważ wojna nazywa się wielka ojczyźniana, brał w niej udział ojciec – jeśli dziadek, to logicznej byłoby ją nazwać wojna wielka dziadkowa: Bronia wyjaśniła jednak, że wojna z faszystami była dawno, kiedy dziadek Olek był jak tata. Bronia często podkreślała, że jej młodszy syn urodził się nie tylko w czepku, lecz także spodenkach, skarpetkach i koszulce. Podczas wojny czołg Dadaliaki cztery razy płonął, trafiony niemeckimi pociskami, trzykrotnie zmieniała się załoga: za każdym razem pociski trafiali w maszynownię omijając wieżyczkę komendanta. Przeznaczeniem Dadaliaki było opłakiwanie towarzyszy, którzy nie dożyli dnia zwyczęstwa i wieżyczka czołgu zameniła się w wieżę z zegarem ludzkiej pamięci.

- Smierć nie straszna, s niej nie raz my wstrieczalis w stiepi
Wot i tiepier nado mnoju ona krużitca...

Trzecia warstwa

Serżyk był wówczas w drugiej klasie, uczył się w szkole ze świetlicą. Z okazji 23 lutego – dnia Armii Radzieckiej organlzowano apel – Sierżyk miał opowiedzieć o marszałku Konstantinie Konstantinowiczu Rokossowskim. Każdy „oktiabrionok” z ich klasy miał za zadanie zaprezentować biografię jednego z marszałków wojny ojczyźnianej. Wieczorem Sierżyk zapragnął pochwalić się przed Dadaliaką, który akurat ich odwiedził. Ale wuj Olek nie zachwycił się płomienną przemową i płynącym bez zająknięcia szybkim potokiem słów Sierżyka, a spuścił głowę i milczał. I potem opowiedział Sierżykowi o tym,że prawdziwe imię odojcowskie Polaka Rokossowskiego – Ksawerowicz oraz że w wyniku falszywego oskarżenia o współpracę z polskim wywiadem został aresztowany i trzy przedwojenne lata spędził w petersburgskim więzieniu Krzyże. Albo pierś w „Krzyżach”, albo głowa w krzakach.

Sam wuj Olek kiedyś nosił piękne imię rycerskie Olgierd, gdyż także był Polakiem. Sierżyk dowiedział się że piękne imię Olgierd poległo pogrzebane w lesie w Katyniu wraz z tysiącami polskich wojskowych, którzy przekroczyli granicę w ucieczce przed faszystami. Stalin urządził im „Koba quo vadis” (Koba to jeden z partijnych pseudonimow Stalina) pod koniec lat trzydziestych w zemsćie za działalność Piłsudskiego w latach dwudziestych. Olgierd Godlewski miał wtedy dwadzieśćia lat i uratowało go tylko to, iż pradziadek Sierżyka –Jan Józefowicz Godlewski był starym bolszewikiem, członkiem Komitetu partii z dużym stażem. A babcia opowiedziała Sierżykowi, że ci Polacy, których Stalin nie zdążył zamordować, musieli szybko zmieniać imiona; w ten sposób pradziadek Jan Józefowicz zmienił się w Iwana Iosifowicha – niezłe imię ojcowskie w czasach stalinizmu!

Kolczugą rycerza Olgierda, komendanta batalionu czolgów, był najlepszy czołg wszechczasów i wszechświata marki T-34. Kiedy Sierżyk zapytał rycerza Olgierda, jak to siedzieć w T-34 podczas walki, ten założył chłopcu na głowę odwrócony dnem do góry garnek i trzasnął w garnek pokrywką tak, że Sierżykowi pół dnia dzwoniło w uszach. A tak się siedziało!

Czwarta warstwa

Już będąc pionerem, Serżyk często oglądał polski seriał „Czterej pancerni i pies”. Zapytał więc Olgierda – czy mieli w batalionie psa? Rycerz Olgierd odpowiedział że był, owszem, nazywał się kapitan Sorokin. Ten pies miał kiepską pamięć, i chodził zawsze z olówkiem i notesem.

W 1943 roku w armii niemieckiej pojawiły się nowe modele techniki bojowej, różne „tygrysy” i „pantery”. A nasz czolg T-34 miał obudowę zbyt słabą na ich ataki. W bitwie na łuku Kurskim udało się odeprzeć atak niemiecki za cenę olbrzymich strat. Czołg Olgierda pokonał dwa niemieckie czołgi i zmiażdżył gąsienicami mnóstwo faszystów, za co komendant był ogłoszony do nagrody Bohateru Związku Radzieckiego.

Ale „pies” Sorokin zwołał zebranie, podczas którego nazwał załogi innych czołgów tchórzami, ponieważ nie udało im się zniszczyć po dwa czołgi. Na zebraniu zabrał głos Olgierd Godlewski i powiedział, iż lepiej byłoby, gdyby niektórzy towarzysze zamiast zajmować się czczą gadaniną sami weszli do czołgu i pokazali wszystkim, jak trzeba walczyć. A po zebraniu, przekonawszy się, iż ‘pies” pisze w swej ziemiance kolejny donos, Dadaliaka jeszcze pogorszył pamięć kapusia przy pomocy łopaty. Miał szczęście – Sorokin przeżył, ale prawie całkiem stracił pamięć; przynajmniej nie doniósł na nikogo. Dadaliaka uniknął karnego batalionu, o Gwieździe Bohatera mógł jednak zapomnieć...

Ostatnia warstwa

- Towarisz, zakurim po odnoj!
Zakurim, towarisz moj!
( Zapalimy po jednej, towarzyszu mój!)

Palenie doprowadziło do tego, iż z powodu gangreny Dadaliakę w szpitalu wojskowym najpierw amputowali nogę, aż do pachwiny, potem „wyrównali” także drugą.

Kiedy trzydziestotrzyletni Sierżyk przyjechał zabrać ze szpitala Dadaliakę, cały personel odprowadzał weterana–czołgistę,wychudzonego, pozbawionego nóg, pomarszczonego jak jesienny liść, ale wesołego, nie pokonanego przeciwnościami. Dadaliakę nieśli na krześle, a on w drodze do samochodu źartował, że następnym razem będą nieść tylko popiersie czołgisty:

- A niech was, moja noga tu więcej nie postanie! Nie mam więcej nóg!

Pielęgniarki płakały i śmiały się jednocześnie!

Tak samo – na krześle zaniósł płaczący Sierżyk dźwięczącego orderami Dadaliakę do siedemnastego wagonu pociągu, pocałował go po raz ostatni na pożegnanie i obok patrolu frontu ludowego poszedł na cmentarz opowiedzieć dziadkowi, że jego brat wyjechał z Baku.

Autor Sergiusz Godlewski

Olgierd Godlewski

Olgierd Godlewski, syn Jana Godlewskiego, urodził się 27 stycznia 1920 roku w Baku w polskiej rodzinie. W sierpniu 1939 roku został słuchaczem Drugiej Saratowskiej Szkoły Czołgistów,którą ukończył 10 czerwca 1941 roku w stopniu kaprała. Za wzorową naukę i działalność społeczną władzy szkoły zaproponowały Godlewskiemu stanowisko komendanta do przygotowania młodych kursantów.

We wrześniu 1942 r. Olgierd jako ochotnik jedzie na front zachodni; wstępuje do 24 brygady czołgów 5 korpusu czołgów na stanowisko zastępcy komendanta roty ciężkich czołgów, a od grudnia 1942 do sierpnia 1943 był oficerem łączności sztabu tej brygady. W styczniu 1943 Godlewski otrzymał stopień starszego kaprala. Od sierpnia 1943 do września 1944 roku brał udział w walkach w składzie 2 frontu bałtyckiego. W grudniu 1943 roku w uznaniu zasług bojowych otrzymał stopień kapitana. Od września 1944 roku Olgierd Godlewski był komendantem 276-go batalionu czołgów 24-tej brygady Drugiego frontu Białoruskiego. 22 września za wspaniale przeprowadzoną operację wyzwolenia wioski Ergli młody Polak otrzymał stopień majora. W 1946 roku Olgierd był zastępcą komendanta batalionu czołgów 41-go pułku 5-ej dywizji czołgów w mieście Białystok, następnie służył jako zawodowy wojskowy w Zakaukazskim Obwodzie Wojskowym.

Za wojenne zasługi Olgierd Godlewski został odznaczony dwoma orderami Gwiazdy Czerwonej, Orderem Czerwonego Sztandaru, orderami Wojny Ojczyźnianej 1 i 2 stopnia oraz medalami „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945” i „30 Lat Armii i Floty Radzieckiej”, a także „W uznaniu zasług wojennych”.


Wspomnenia Heleny Meyer-Szejchzade



Ojciec mój, Witold Meyer, był Polakiem. Urodził się w Gubernii Wileńskiej w 1887 roku i został ochrzczony w Wilnie. Świadczy o tym wypis z archiwum wileńskiego rzymsko-katolickiego duchownego konsystorium.

Mój dziadek, Józef, zajmował się uprawą roli i mieszkał we wsi Sakowicze w pobliżu miasteczka Sumeliszki (obecnie powiat Troków). W rodzinie było pięciu synów i jedna córka. Witold, jako najstarszy z rodzieństwa, otrzymał szansę dalszego kształcenia się. Wyjechał do miasta Jurjew (obiecne Tartu) i wstąpił na wydział medyczny uniwersytetu. Zakończył naukę w maju 1907 roku z dyplomem farmaceuty. Od 1907 roku 1914 pracował w swoim zawodzie w kilku miastach – w Wilnie, w Jekaterynosławiu, Samarze, Saratowie.

W lipcu 1914 roku Witold został powołany do wojska i skierowany do 313 Szpitala Polowego Armii Kaukaskiej.

W taki oto sposób trafił do Tyflisu. Tu, w Gruzji poznał swą przyszłą żonę Helenę – w rodzinie Tamary Badrijewej. Brat Tamary, oficer Kaukaskiej Armii, przyjaźnił się z Witoldem Meyerem, ona zaś sama była koleżanką mojej matki.

Helena zapadła w serce Witoldowi już przy pierwszym spotkaniu – dobrze wychowana, urodziwa, skromna, miła dziewczyna. Oświadczyny przyspieszył fakt mianowania Witolda na stanowisko kierownika szpitalnej apteki w odległym Trapezund.

Po przyjęciu oświadczyn ojciec narzeczonej, dziadek Edward zaprosił Witolda do swego gabinetu,aby powierzyć mu rodzinną tajemnicę i opowiedzieć, w jaki sposób u tak wiekowych ludzi pojawiła się młodziutka córka. Małżonkowie Edward i Polina przeżyli razem około 20 lat, ale dzieci nie mieli. Była to zamożna rodzina – Edward Mage – radca tajny, zajmował stanowisko naczelnika agencji pocztowo-telegraficznej w Tyflisie. Pewnego dnia, krótko przed Wielkanocą, ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyła pokojówka. Na progu leżało zawiniątko – owinięte w koc niemowlę. Pokojówka wniosła dziecko do domu. Polina rozwinęła koc i zobaczyła dziewczynkę, ubraną w koronkowe ubranko, z katolickim krzyżykiem na szyi i kartką, na której było napisane „Ochrzczona – Helena”. Małżonkowie uznali maluszka za dar Boży, adoptowali ją, starannie wykształcili i wychowali w miłości.

Edward Mage zapewnił przyszłego zięcia, że Helena nie wie nic o swym pochodzeniu i prosił o dyskrecję. Witold dał oficerskie słowo, że nigdy nie opowie żonie treści tej rozmowy... I słowa dotrzymał. Mama zmarła w 1942 roku nie poznawszy prawdy o swoim pochodzeniu. Byłam wtedy studentką pierwszego roku uniwersytetu. Kiedyś zapytałam ojca, dlaczego mamy krewnych tylko w Polsce, z jego strony, a z rodziny mamy nie znamy nikogo. Ojciec milczał jakiś czas, a potem opowiedział mi wszystko, co usłyszał od przybranego ojca mamy.

Rodzice pobrali się w 1914 roku w Tyflisie, w katedrze na Prospekcie Gołowińskim (obecnie Prospekt Rustaweli). W 1923 roku rodzina przeniosła się do Baku w związku z nową pracą ojca w Głównym Zarządzie Aptek miasta Baku.
Witold Meyer, Wilno Helena Mage z rodzicami 1914 г. Tyflis. Witold i Helena Meyer
Helena studentka, 1942 г
1960 r. Witold z corką Heleną
2009 r. Ambasador RP w Baku Krzysztof Krajewski
wręcza Kartę Polaka №1

DZIECIŃSTWO

Wyrosłam w szczęśliwej, religijnej rodzinie. Rodzice nauczyli mnie modlić się rano i przed snem. Tata uczył mnie języka polskiego, czytał mi po polsku bajki i wiersze. Kiedy skończyłam dwa lata ochrzczono mnie. Moim ojcem chrzestnym został przyjaciel ojca – doktor Grzybowski, a matką chrzestną – Zinaida, przyjaciółka mamy.

Często ze wzruszeniem wspominam swoje szczęśliwe dzieciństwo. Rodzice bardzo mnie kochali i troszczyli się o moje wychowanie. Od najmłodszych lat uczęszczałam na zajęcia dziecięcego kółka tanecznego przy Teatrze Opery i Baletu, od siódmego roku życia brałam lekcje gry na fortepianie. Rodzice przekazali mi swoje zainteresowanie literaturą, muzyką, sztuką. Corocznie nasza rodzina nabywała abonament do Teatru Opery i Baletu, latem – do Filharmonii. Zaszczepili też we mnie miłość do literatury i sztuki, przyrody i zwierząt.

Zazwyczaj wszędzie starali się mnie ze sobą zabierać. Na całe życie zatem zapamiętałam jedno z wydarzeń mojego dzieciństwa. Miałam wtedy siedem lat. Przeziębiłam się i zostałam w domu pod opieką niani. Z nudów zaczęłam się bawić zegarkiem ojca. Ojciec nigdy nie pozwalał mi go dotykać – był to prezent, pamiątka po jego ojcu. Nagle upuściłam ten cenny przedmiot na podłogę. W zegarku pękło szkiełko. Przerażona rozpłakałam się. Przybiegła niania, obejrzała zegarek i oświadczyła, że jeśli będę się modlić i obiecam Bogu, że będę grzeczną dziewczynką, to Bóg pomoże. Po powrocie niania weszła do mojego pokoju i powiedziała: „Helenko, biegnij zobaczyć, może „Bozia” usłyszał twoją modlitwę!”. Pomknęłam błyskawicą do pokoju ojca, schwyciłam zegarek i co widzę?! Chodzi i ma całe szkiełko! Byłam wstrzasnięta. Natychmiast wpadłam na pomysł, by zebrać swoje uszkodzone zabawki i zwrócić się z prośbą do Pana Boga o ich naprawienie. Mądra niania jednak wyjaśniła mi, że Bóg kocha wszystkich i wszystkim pomaga, ale ludzi na

świecie jest wielu i dlatego lepiej bym dbała o swe zabawki i nie psuła ich. Pamiętam do dziś jej słowa, które głęboko zapadły mi w duszę.

POLSCY KREWNI

Ojciec miał czworo rodzieństwa. Wszyscy otrzymali staranne wykształcenie. Konstanty został adwokatem, emigrował do Anglii. Jan i Kazimierz po wojnie mieszkali w Polsce w Szczecinie przy ulicy Semiradzkiego. Stefan osiadł w Łodzi. Siostra ojca, Antonina, wyszła za mąż za właściciela sieci kwiaciarni w Wilnie. Dwie córki ciotki Antoniny mieszkali później w Warszawie przy ul. Racławskiej – Helena tłumaczyła literaturę na język polski, a Jadwiga została muzykologiem. Gościliśmy z mężem u nich dwókrotnie – w1970 i 1973 roku. Czułam więź duchową z moimi siostrami, miałyśmy współne zainteresowania. Co niedziela chodziłam do kościoła na mszę z dziećmi Heleny – Izabelą i Januszem. Byłam w kościele Św. Krzyża, gdzie jest pochowano serce Chopina. Zwiedzaliśmy muzea, byliśmy w warszawskim Teatrze Opery i Baletu, jeździliśmy na wycieczki.

Pobyt w Polsce pozostawił niezapomniane wspomnienia. Kiedy byliśmy w Szczecinie u wujka Kazimierza, proponował nam pomóc w załatwieniu przeniesienia się na stale do Polski. Ale było wiele ale… Mój mąż, Emin Szejch-zade, miał w Baku dobrą pracę. Po polsku nie mówił w ogóle. Postanowiliśmy, że będziemy się częściej spotykać, ale były to tylko marzenia…

ŻYCIE W BAKU

Już w trakcie nauki podjęłam prace w redakcji gazety. Trwała wojna, czasy były głodne, studenci dostawali 300 gramów chleba na kartki, a w pracy dostawałam 800 – było więc to dla mnie ogromne wsparcie. W1945 roku skończyłam studia, a potem już przez całe życie przepracowałam w bibliotekach miejskich, m. in. od 1955 roku kierowałam Dziecięcą Bibloiteką im. Gubanowa. Zawsze bardzo kochałam dzieci, książki, swoją pracę. Nasza biblioteka jako pierwsza w Azerbejdżanie otrzymała tytuł “Biblioteka Znakomitej Pracy”, mnie zaś nagrodzono dyplomem Ministerstwa Kultury ZSRR. W pracy korzystaliśmy z różnych metod promocji literatury – muzyczne poranki i wieczory, konkursy, wyklady i t.p.

Mój mąż, Emin Szejch-zade, z zawodu reżyser, długie lata przepracował na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Kultury Azerbejdżańskiej Republiki, często publikował artykuły w gazetach i czasopismach ukazujących w Azerbejdżanie. Przeźyliśmy razem prawie 53 lata, praktyczne się nie rozstając. W ciągu ostatnich siedmiu lat życia mąż ciężko chorował. Ukrywałam przed nim diagnozę lekarzy. A on dziwił się – dlaczego tak długo go leczą, zapisują różne lekarstwa, zabiegi, a efekt jest znikomy. Pewnego razu jego kuzynka powiedziała mi: “Czemu pani bez końca go leczy, wydaje wszystkie pieniądze, przecież to bezcelowe, choroba jest nieuleczalna.” Nie przyjęłam jej racji. Dzięki stałej opiece lekarskiej przeżył jeszcze siedem lat, cieszył się życiem, słońcem, kwiatami na bałkonie naszego mieszkania, publikował artykuły w gazetach – to już coś! Żył, oddychał, był obok… A wizyty pielęgniarek zawsze były okazją do założenia świeżej koszuli, doprowadzenia się do porządku…

Emin zmarł 18 sierpnia 2004 roku. Pochowałam go według europejskich tradycji, zgodnie z jego ostatnią wolą. Straciłam męża – wspaniałego człowieka, teraz mieszkam sama…

Pociechą w mojej samotności jest kościoł katolicki. Z wielką radością idę tam co niedziela, obcuję z bliskimi memu sercu ludźmi. Odwiedzają mnie – zawsze mile widziani – moi przyjaciele.

Jestem niezmiernie wdzięczna Bogu, że po tylu latach znów mogłam wejść do kościoła katolickiego. O otwarciu kościoła dowiedzałam się z gazet w marcu 1998 roku. Pojechałam pod wskazany adres – na ulicę Gubanowa, 10, mieszkanie 17. Ksiądz Jerzy Piluś bardzo mile mi przywitał i powiedział, że to pomieszczenie na razie jest w remoncie i spotkania odbywają się w mieszkaniu pani Jadwigi przy ulicy Azadłyg 97. Zadzwoniłam do niej i już od 20 marca brałam udział w niedzielnych mszach świętych u niej w domu. Zbierało się nas tam wówczas jedynie 10-12 osób. A już wkrótce, po remoncie, nabożeństwa odbywały się w małym, ale przytulnym i gustownie wykończonym pomieszczeniu przy ulicy Gubanowa. Po jakimś czasie ksiądz Jerzy znalazł nowe lokum dla naszej kaplicy i chodzimy tam do dziś. Kiedy ojciec Jerzy wyjechał do Gruzji, przyjechał do nas ksiądz Daniel. Współnota katolicka liczyła już 150-200 osób, prowadzono ożywioną działalnośc charytatywną, wiele uwagi poświęcano młodzieży.

WIZYTA JANA PAWŁA II

Nigdy nie zapomnę przygotowań do wizyty papieża Jana Pawła II, która miała miejsce 22-23 maja 2002 roku. Z wielkim wzruszeniem i radością oczekiwaliśmy na przybycie Ojca Świętego. Wszystko zostało organizowane bardzo uroczyście. Było to wielkie święto nie tylko dla nas, katolików, lecz także dla wszystkich mieszkańców Baku.

Na całej trasie przejazdu Ojca Świętego gromadziły się tłumy. Przy stadionie, na którym odbywała się msza papieska, zebrała się także ogromna ilośc ludzi. Wielu z nich nie zdobywszy zaproszenia, próbowało dostać się do śródka, by choć przez chwilę zobaczyć Papieża. Mszę uświetniała wspaniała muzyka, napisana na zamówienie przez znanego azerbejdżańskiego kompozytora Azera Dadaszewa. Został zaproszony najlepszy chor Baku – Kapela Państwowa, partie solowe wykonywali najlepsi śpiewacy naszego miasta. W uroczystości brały udział także dzieci – zespół młodych muzyków, utalentowanych uczniów naszej pani Olgi, uświetnił początek i koniec mszy. Sala została udekorowana według wskazówek rządowego stylisty wnętrz, zasłużonego działacza sztuki Rafika Mamedowa – ogromna ilość kwiatów, wszędzie przepiękne stare kobierce (między innymi z motywem starego chrześcijańskiego krzyża z czasów państwa Albania, istniejącego na teritorium dzisiejszego Azerbejdżanu na początku n.e. – jako wspomnienie o chrześcijańskich tradycjach naszego kraju).

Msza zakończyła się błogosławieństwem Papieża.

Miałam ogromne szczęście znaleźć się w grupie nielicznych, kto przyjął Komunię Świętą z rąk Jana Pawła II.

To był najszczęśliwszy dzień mojego życia.





Saga rodu Budziszewskich



W rodzinie pana Grzegorza Pałatnikowa-Budziszewskiego starannie przechowywane są stare dokumenty i fotografie pradziadka Ferdynanda Budziszewskiego – polskiego zesłańca, uczestnika powstania 1863 roku.

Ojciec Ferdynanda Budziszewskiego, Antoni, wywodził się ze starego znanego polskiego rodu Budziszewskich ( herbu Grzymała). Antoni brał czynny udział w powstaniu 1863 roku. Z a udział w nim został stracony, a synowie jego skazani na zesłanie. Najmłodszy, zaledwie piętnastoletni (urodzony w 1848 roku) syn Ferdynand trafił na zesłanie na Kaukaz. Na głowę młodego człowieka posypało się za jednym zamachem wiele nieszczęść – śmierć Ojca, utrata Ojczyzny, zesłanie do dalekiego, obcego kraju, brak jakiegokolwiek wsparcia i środków do życia. Jednak przetrwał. Początkowo Ferdynand pracował w Tyflisie, w dziale wschodnim kancelarii namiestnika imperatora Rosji na Kaukazie. Przez pewien okres przebywał w Persji na dworze szacha perskiego. Za zasługi w umacnianiu więzi pomiędzy Persją i Rosją został przez szacha odznaczony perskim orderem „Lew i Słońce”.

Po powrocie do Tyflisu Ferdynand został skierowany do Baku. Jako zesłaniec pozbawiony był możliwości opuszczania miejsca przebywania. Młodzieniec marzył o założeniu rodziny. Przeżył nieszczęśliwą miłość - jego narzeczona w Polsce poślubiła innego.

Ferdinandowi udało się jednak uporać z tą tragedią osobistą. Zwraca się z prośbą o pozwolenie wyjazdu do Polski na miesiąc, aby znaleźć kogoś i ożenić się. Był to krok zdecydowany i ryzykowny! Uzyskuje zgodę i pełen nadziei wyrusza w podróż do Polski.

Mija miesiąc w Polsce, a Ferdynand jeszcze jest sam. Nie udało mu się znaleźć narzeczonej. Zesłaniec z dalekiego Kaukazu, nieznanego, dzikiego kraju? Zdecydowanie nie jest to odpowiednia partia dla dziewczyny z dobrego domu, nawet, jeśli kandydat do ręki pochodzi z dobrego polskiego rodu. Ferdynand wyjechałby z niczym, gdyby nie pomógł szczęśliwy zbieg okoliczności.

Tuż przed wyjazdem Ferdynand zapoznał się z rodziną Garnowskich. Panna Józefina Garnowska postanowiła poświęcić swe życie Bogu i wstąpić do klasztoru. Rodzice na próżno próbowali odwieść córkę od tego zamiaru. Panna Józefina miała twardy charakter i uparcie dążyła do celu. Spotkanie z młodym polskim zesłańcem wpływa na zmianę jej światopoglądu. Młody Polak, który walczył o wolność Ojczyzny, złożył w ofierze za wolność kraju swoje szczęście i powodzenie życiowe, przezwyciężył trudy niełatwego życia w zesłaniu – czyż nie dał z siebie wszystkiego? Czy nie zasłużył na posiadanie żony i rodziny? Czyż Polka – patriotka nie powinna z kolei złożyć w ofierze swojego uporządkowanego życia i dać powstańcowi szczęście rodzinne, pójść za nim na zesłanie i dzielić trudy życia? Taka ofiara będzie tak miła Bogu, jak i złożenie ślubów zakonnych.

Postanowione – Józefina wyjdzie za Ferdynanda!

Ale realizacja planu okazała się trudna – Józefina już złożyła pierwsze śluby zakonne. Trzeba było pojechać do Watykanu i poprosić samego Papieża, by wyraził zgodę na ślub. Papież udzielił zgody pod jednym warunkiem – Józefina miała do końca swych dni ubierać się wyłącznie na czarno. Józefina Garnowska-Budziszewska dotrzymała słowa – na starej fotografii, zrobionej już wiele lat po ślubie jest ubrana w czarną suknię. Piękne, surowe oblicze polskiej katoliczki-patriotki, godnej i wiernej żony polskiego zesłańca.

Los był łaskawy dla młodej pary. Na służbie w Baku Ferdynand odnosi wielkie sukcesy. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku zostaje zastępcą mera ( burmistrza) miasta, znanym i powszechnie szanowanym człowiekiem. Ferdynand odpowiada za przydział działek w Baku, wydaje zezwolenia na budowę domów mieszkalnych i obiektów przemysłowych.Na tym stanowisku słynie ze swej kryształowej uczciwości i bezinteresowności.

Józefina cały czas poświęcała na działalność charytatywną oraz brała aktywny udział w budowie kościoła katolickiego w Baku. Ferdynand przeszedł na emeryturę w stopniu ważnego statskiego radcy ( według tabeli o rangach cywilnych był to odpowiednik generał- majora). Zmarł w Baku w 1913 roku.

Państwo Budziszewcy mieli pięcioro dzieci: trzy córki – Jadwigę, Teresę, Wiktorię i dwóch synów – Pawła i zmarłego w dzieciństwie Antoniego.

Wiktoria poślubiła inżyniera przemysłu naftowego Franciszka Wiśniowskiego, urodziła mu pięcioro dzieci. Potomkowie Wiktorii do dziś dnia mieszkają w Baku. Paweł (1887-1958) miał troje dzieci – syn Anatol, córki Teresa i Józefa. Paweł kierował kancelarią znanego polskiego magnata naftowego Stefana Rylskiego. W jego domu poznał swą przyszłą żonę – Eugenię Wiśniewską. Po rewolucji Paweł wraz z rodziną został wysiedlony z własnego domu wprost na ulicę. Pozbawioną dachu nad głową rodzinę przygarnął ksiądz - pozwolił im zamieszkać w budynku polskiej szkoły przy kościele. Syn Pawła – Anatol Budziszewski w 1941 zgłosił się, jako ochotnik na front i zaginął bez wieści w bojach o wyzwolenie Polski w 1945 roku.

Józefa, młodsza córka Pawła, rwała się na front, pisała podania z prośbą o wysłanie jej w rejon działań wojennych. W końcu udało się jej wsiąść do pociągu idącego na front. Jednak ojciec zdążył przyjechać na dworzec przed odjazdem pociągu i sprowadził uciekinierkę z powrotem do domu.
Brat Jozefiny Starszy brat Ferdynanda Grzegorz Pałatnikow

Po zakończeniu wojny Józefa wyszła zamąż za wojennego kadrowca Michała Pałatnikowa. W 1947 roku urodził się im syn – Grzegorz, a w roku 1949 – Aleksander.

Obecnie Grzegorz jest doktorem biologii, jest autorem ponad 50 opublikowanych prac naukowych. Jego główna specjalność – fizjologia ryb jesiotrowatych. Od 1955 roku bada wpływ zanieczyszczenia środowiska na aparat genetyczny żywych organizmów. Przez ostatnie lata badania prowadzone są we współpracy z naukowcami z amerykańskich uniwersytetów.

Olga Jurzanina-Makowielska

Artykuł pana Grzegorza Pałatnikowa "Осетровая история Каспия" (pdf, 1.4 Mb)

VELI BEK JEDIGAR



"4. VIII. 1990 roku na warszawskim cmentarzu muzułmańskim odbył się pogrzeb Veli bek Jedigara. Pochowano go z honorami wojskowymi w asyście kompanii WP. Odprowadzała go najbliższa rodzina, przyjaciele. Oddano honorowe salwy, orkiestra odegrała marsza żałobnego Chopina. Modły nad grobem odprawił Imam parafii warszawskiej i białostockiej Aleksander Ali Chalecki.”
Pogrzeb azerskiego księcia, Życie Warszawy, nr 181 (14477) 6 VIII 1990, s.8

22 grudnia 1947 generał Bór Komorowski skierował do Koła 7 Pułku Ułanów Lubelskich specjalne oświadczenie: „Stwierdzam, że w szeregach Armii Krajowej jeszcze w okresie konspiracji został odtworzony pod dowództwem ppłk Veli Jedigara 7 pułk Ułanów Lubelskich im. Gen. K. Sosnkowskiego, kryptonim "Jeleń". Pomny swej świetnej tradycji bojowej 1918-1920 i 1939 r. przepojony szczytnymi ideałami wiernej i ofiarnej służby żołnierskiej 7 Pułk Ułanów Lubelskich zapisał się chlubnie w historii Armii Krajowej. Widziałem jego dzielnych żołnierzy w pracy konspiracyjnej i w boju. Nie szczędzili oni trudów i poświęcenia aż do ofiary życia w wykonywaniu powierzonych im zadań." „Jestem dumny, że jako dowódca AK miałem możność mieć pod swoimi rozkazami 7 pułk ułanów”.

Naczelny Wódz, gen. Sosnkowski napisał o Veli Bek Jedigarze:„ Nie zapominając o losach swego rodzinnego kraju, był on jednocześnie dla Polski oddanym i najwierniejszym synem.”
Ułani Lubelscy, . s. 441-442

WSPOMNIENIA ZULEJHY HANUM JEDIGAR-KALINOWSKIEJ
BIULETYN A.K.

Spotyka mnie wielki zaszczyt w postaci otrzymanego od Biuletynu Koła Armii Krajowej zaproszenia do napisania wspomnień o Akowcu – moim Ojcu. Jestem wzruszona, gdyż zaproszenie przychodzi od kolegów z A.K., a także dlatego, że ja mogę napisać do Biuletynu znanego mi z lat dzieciństwa i młodości. Do niego przecież - wydawanego wówczas w Londynie - często pisywał mój Ojciec.

Płk dyplomowany Veli bek Jedigar był kontrowersyjną postacią w Kraju w latach powojennych. Z jednej strony uważany za osobę non - grata; „białogwardzista” w młodości walczący o niepodległość swojej pierwszej Ojczyzny - Kaukazu; z drugiej szanowany przez ważne osobistości wojskowe w Polsce, które twierdziły (w latach 70 tych), że „Veli nie musiał pozostać wierny Polsce skoro był Azerbejżaninem”. W tej sprawie słowa mego Ojca zawsze były te same: – „Zostać w Polsce podczas wojny było moim psim obowiązkiem”.

Veli bek Jedigar urodził się w październiku 1898 r, w rodzinnym majątku Takiało należącym do - też rodzinnego - rejonu Borczało – blisko Baku - w Azerbejdżanie. Kraj piękny, bogaty, gościnny, wiecznie walczący o swoją wolność.Jako młody chłopiec porzucił studia i poszedł na wojnę. Walki o wolność Kaukazu odniosły w końcu skutek. W roku 1918 Azerbejdżan, Gruzja i Północny Kaukaz ogłosiły niepodległość uznaną - de facto i de iure - przez Ligę Narodów.Gdy armia bolszewicka zajęła ponownie Kaukaz, ojciec i jego starszy brat - Abbas Ali (Arczył bek Jedigar), otrzymali rozkaz od ojca - pana na Borczało -aby natychmiast opuścili rodzinne strony. Chłopcy przedarli się do Gruzji a z niej uciekli statkiem do Europy. Podczas krótkiego postoju w Stambule zorientowali się, że szybko nie wrócą do domu. W tym czasie, kilka krajów (Turcja, Grecja, Francja i Polska) otworzyło swoje granice i zaproponowało azyl polityczny młodym oficerom z Kaukazu, wraz z obietnicą kontynuowania kariery wojskowej. Młodzi Jedigarowie wybrali daleki Lechistan.Decyzja ta nie była przypadkowa - w ich rodzinnym majątku pełnił służbę jako kucharz p. Marcin Janicki - polski powstaniec z 1863 r. Wieczorami, po zakończeniu swej pracy stary Polak opowiadał młodym Kaukazczykom „bajki” - bajki o wolności i jak się o nią walczy. Te prawdziwe opowieści wzbudziły w młodych głowach podziw i respekt dla narodu, który tyle i tak długo potrafił walczyć o swoją niepodległość – dlatego właśnie wybrali Polskę.

W roku 1921 Veli bek i Jego starszy brat Arczył bek przybyli do Polski. Zostali przyjęci bardzo gościnnie. Po ukończeniu różnych kursów dla oficerów, dostał Ojciec swój pierwszy przydział do 10- go pułku Strzelców Konnych, który stacjonował w Łańcucie. Podczas kolejnych manewrów zyskał uznanie gen. Janusza Głuchowskiego (Wiceministra Wojny) i pierwszego dowódcy 7 p ułanów lubelskich im gen K. Sosnkowskiego. Generał oraz jego małżonka p. Maria z Bukowskich Głuchowska zajęli się młodym Kaukazczykiem. Według wskazówek generała, ukończył Ojciec Wyższą Szkołę Wojenną (rocznik 1930-32), a następnie został przeniesiony do 7- go pułku ułanów, pułku, z którym związał się do końca swego życia.

Otoczenie, w którym przebywał, było w dużej mierze legionowe. Serdecznym przyjacielem Ojca stał się gen. Stanisław Grzmot - Skotnicki. Być może, za jego przyczyną Ojciec, pomimo że nigdy nie służył w Legionach, stał się legionistą z przekonania. Trzykrotnie w swoim życiu spotkał się z Marszałkiem. Pierwszy raz podczas przygotowania się do egzaminów w W.S.W. Umówiony z narzeczoną, zasiedział się w bibliotece belwederskiej. Z dużym opóźnieniem wyskoczył z pałacu, nie zdążywszy zapiąć przepisowo długiego wojskowego płaszcza. Biegnąc, wpadł na samotną spacerującą postać, która okazała się Pierwszym Marszałkiem Polski, Józefem Piłsudskim. Widząc przerażoną minę młodzika przy frontowym salutowaniu, Marszałek z uśmiechem spytał się: -„A powiedz mi no chłopcze, czy jest ładna?” – „Tak jest Panie Marszałku”, brzmiała odpowiedź. – „Aha, to leć, lecz zapnij sobie ten płaszcz”.

Następne spotkanie odbyło się podczas wizyty dostojnych gości z Turcji. Marszałek zażądał: „Zawołajcie mi tego Turka aby tłumaczył”. „Turkiem” był mój Ojciec.Trzecim i ostatnim spotkaniem była 3 minutowa warta przy katafalku Marszałka w maju roku 1935.Wojna zastała Ojca na stanowisku dyrektora naukowego w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Przedarł się do swojego pułku i brał udział w jego bitwach. Został wzięty do niewoli niemieckiej. Kilka miesięcy później zwolniono go jako „auslender” czyli obcokrajowca.

Natychmiast po dotarciu do Warszawy, zawiązał konspiracyjny 7 pułk ułanów; był twórcą i dowódcą „Jelenia” aż do 1944 r. Z opowiadań „Jego chłopców” – tak ich sam nazywał - wiem, że był bardzo surowym i akuratnym dowódcą, lecz równocześnie bardzo lubianym. Według wszystkich - towarzyszyła mu „gwiazda”, żołnierze szli do akcji spokojnie wtedy, gdy on szedł z nimi – wiedzieli, że wówczas nic złego im się nie stanie. Przyjaźń osobista z gen. Tadeuszem Bór Komorowskim sprawiła, że miał aż dwie funkcje w A.K. Poza swoim ukochanym pułkiem był Szefem Wydziału Kawalerii w Komendzie Głównej.Urodziłam się w 1942 r w stołecznym mieście Warszawa, moja matka Wanda z Eminowiczów bek Jedigar była łączniczką w „Jeleniu” a ja „pomagałam” jej wozić tajną pocztę w moim niemowlęcym wózeczku.W chwili gdy Zw. Sowiecki stworzył podporządkowany sobie przyszły aparat władzy w Polsce, zaczął nawoływać Warszawę do powstania, a Armia Czerwona zajmowała wschodnie ziemie Polski, gen. Bór-Komorowski osobiście dał Ojcu rozkaz wyjazdu na Zachód, a także obietnicę, że Powstania na razie nie będzie. Dnia 17 - go lipca 1944 r opuściliśmy Warszawę i wyjechaliśmy do Wiednia.

Po otrzymaniu tragicznej wiadomości o wybuchu powstania, ojciec wrócił przez zielona granicę do Polski. Niestety, było juz za późno. Pułk został zdziesiątkowany w wyniku nieudanego ataku na siedzibę Gestapo przy Alei Szucha. Wówczas Ojciec, zabezpieczywszy sztandar pułkowy, który został zakopany na terenie majątku pp. Bełkowskich w Nowym Dworze, wydał swój ostatni rozkaz: rozwiązał pułk.

W tych dramatycznych i - jak się miało okazać - ostatnich chwilach na polskiej ziemi, Ojciec odnalazł mego dziadka, Stanisława Eminowicza, który po zgonie na ulicy mej babci - Jadwigi z Bułharynów Eminowiczowej błąkał się po ruinach Warszawy. Udało mu się przekupić kogo trzeba i opuścił (wraz ze swym teściem) swoją drugą ojczyznę ostatnim niemieckim pociągiem ewakuacyjnym w chwili, gdy czołgi sowieckie zaczęły zajmować Warszawę. Rodzina połączyła się w Wiedniu i po trzech miesiącach podróży dotarła do Włoch. W II Korpusie nie uwierzono w zdradę sowietów; dopiero po tygodniu, gdy przedarli się inni uciekinierzy, władze polskie za granicą przyjęły do wiadomości tę kolejna tragiczną wiadomość.
Wanda Eminowicz

Z Włoch wraz z Polskim wojskiem pojechaliśmy do Anglii. Zamieszkaliśmy początkowo w obozie Tilstok, którego Ojciec był komendantem, później przenieśliśmy się do Londynu. Rodzice cały czas szukali w obozach przejściowych swoich kolegów z AK.

Dla mnie, jako jedynego dziecka, są to czasy niezapomniane. Miałam cztery lata, byłam oczkiem w głowie przyjaciół mego Ojca: generała Bóra - Komorowskiego i jego uroczej żony Ireny, generała Janusza Głuchowskiego i jego żony a mojej matki chrzestnej, generała Władysława Andersa oraz kolegów pułkowych. Na życzenie podwładnych z „Jelenia” mój chrzest został (w swoim czasie) odłożony na czasy powojenne. Odbył się w Londynie, 28 grudnia 1947. Matką chrzestną była - jak już wspomniałam - generałowa Głuchowska, ojcem chrzestnym ówczesny Naczelny Wódz, generał Kazimierz Sosnkowski, którego reprezentował generał Bór - Komorowski (pamiętanie własnego chrztu to dziwne uczucie...).

Byłam z ojcem w dniu, w którym bojowe sztandary polskie zostały złożone do muzeum w Londynie, wówczas nie rozumiałam, dlaczego wszyscy byli niezwykle powazni, dlaczego generałowie mieli łzy w oczach...

Po wojnie i demobilizacji nie pozostawało nic innego tylko emigracja. Trafiliśmy do Argentyny. Przypłynęliśmy 28 lutego 1949 roku wojskowym transportem; razem z nami byli na statku ludzie, którzy nie mieli nic - nawet żadnych dokumentów.Natychmiast po przyjeździe ojciec przystąpił do tworzenia organizacji wojskowych: Samodzielnego Koła Armii Krajowej w Buenos Aires (był jego długoletnim prezesem), Koła 7 Pułku Ułanów a po pewnym czasie - Związku Kaukazczyków. Na koniec został wiceprezesem Organizacji ujarzmionych Narodów „Liberación Europea”; jej prezesem był Litwin, generał Teodor Daukantas, wielki przyjaciel Polaków.

Cztery lata po przyjeździe do Argentyny zmarła po długiej i ciężkiej chorobie moja matka. Do końca dzielnie prowadziła nasz skromny dom i w miarę możliwości pracowała społecznie. Po jej śmierci ojciec stał się odpowiedzialny za wychowanie jedynaczki. O pracę nie było łatwo, zwłaszcza polskiemu oficerowi zawodowemu. Pierwszych kilka lat pracował w porcie jako tragarz przy wyładowywaniu statków, później dostał pracę w fabryce wyrobów tekstylnych, również jako robotnik; zresztą nie był jedyny w takiej sytuacji. Oficerowie polscy - często nie pierwszej już młodości - pracowali jako nocni stróże (np. pułkownik dyplomowany Ziemowit Grabowski), robotnicy w różnych fabrykach (np. generał Jerzy Zawisza - w fabryce tworzyw sztucznych). Potem, samotni, w podeszłym wieku, umierali w przytułkach dla starców.

W miarę dorastania dzieliłam swój czas między naukę, pracę społeczną i prowadzenie domu; później jeszcze pracę zawodową.13 grudnia 1971 roku pułkownik Jedigar zmarł na trzeci zawał serca.
Zulejha hanum Jedigar-Kalinovska

W jakiś czas później udałam się w podróż do Polski a potem do Anglii. Chciałam przekazać sporo pamiątek i papierów po Ojcu jego kolegom. I w Warszawie i w Londynie byłam niezwykle serdecznie przyjęta. Jedną z niezapomnianych chwil było oprowadzenie mnie przez generała Pełczyńskiego po londyńskim muzeum Polski podziemnej. Koło Absolwentów WSW, Rada Główna SPK z prezesem Soboniewskim na czele, Koło Pułkowe i wiele innych organizacji złożyło na moje ręce hołd mojemu Ojcu.

Parę lat później wyemigrowałam sama do Hiszpanii. W 1980 roku wyszłam za mąż za Jerzego Kalinowskiego, którego znałam jeszcze z Argentyny, stryjecznego wnuka św. Rafała Kalinowskiego.

4 sierpnia 1990 roku złożyłam prochy mych Rodziców na cmentarzu muzułmańskim w Warszawie, w asyście oddziału honorowego Wojska Polskiego. Moje marzenie zostało w ten sposób spełnione. Pułkownik Jedigar wracał do swojej drugiej ukochanej ojczyzny. Było to możliwe dzięki wielkiej pomocy udzielonej mi przez moich dobrych przyjaciół oraz Ojca kolegów. Argentyna i Polska wspólnie pokonały organizacyjne trudności.

Nie wiem, w jaki sposób zakończyć te wspomnienia. Może tylko tak: Ojciec wychował mnie na Polkę ale zawsze dumną ze swego Kaukazkiego pochodzenia.

Madryt, maj 2003.

VELI BEK JEDİGAR W PRASİE AZERBEJDŻAŃSKIEJ

Copyright © www.polonia-baku.org Wszystkie prawa zastrzeżone