![]() |
Strona główna | Aktualności | Historia | Wybitni działacze polscy | Losy | Azerbejdżan | Kontakty | ![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
W rodzinie pana Grzegorza Pałatnikowa-Budziszewskiego starannie przechowywane są stare dokumenty i fotografie pradziadka Ferdynanda Budziszewskiego – polskiego zesłańca, uczestnika powstania 1863 roku.
Ojciec Ferdynanda Budziszewskiego, Antoni, wywodził się ze starego znanego polskiego rodu Budziszewskich ( herbu Grzymała). Antoni brał czynny udział w powstaniu 1863 roku. Z a udział w nim został stracony, a synowie jego skazani na zesłanie. Najmłodszy, zaledwie piętnastoletni (urodzony w 1848 roku) syn Ferdynand trafił na zesłanie na Kaukaz. Na głowę młodego człowieka posypało się za jednym zamachem wiele nieszczęść – śmierć Ojca, utrata Ojczyzny, zesłanie do dalekiego, obcego kraju, brak jakiegokolwiek wsparcia i środków do życia. Jednak przetrwał. Początkowo Ferdynand pracował w Tyflisie, w dziale wschodnim kancelarii namiestnika imperatora Rosji na Kaukazie. Przez pewien okres przebywał w Persji na dworze szacha perskiego. Za zasługi w umacnianiu więzi pomiędzy Persją i Rosją został przez szacha odznaczony perskim orderem „Lew i Słońce”.
Po powrocie do Tyflisu Ferdynand został skierowany do Baku. Jako zesłaniec pozbawiony był możliwości opuszczania miejsca przebywania. Młodzieniec marzył o założeniu rodziny. Przeżył nieszczęśliwą miłość - jego narzeczona w Polsce poślubiła innego.
Ferdinandowi udało się jednak uporać z tą tragedią osobistą. Zwraca się z prośbą o pozwolenie wyjazdu do Polski na miesiąc, aby znaleźć kogoś i ożenić się. Był to krok zdecydowany i ryzykowny! Uzyskuje zgodę i pełen nadziei wyrusza w podróż do Polski.
Mija miesiąc w Polsce, a Ferdynand jeszcze jest sam. Nie udało mu się znaleźć narzeczonej. Zesłaniec z dalekiego Kaukazu, nieznanego, dzikiego kraju? Zdecydowanie nie jest to odpowiednia partia dla dziewczyny z dobrego domu, nawet, jeśli kandydat do ręki pochodzi z dobrego polskiego rodu. Ferdynand wyjechałby z niczym, gdyby nie pomógł szczęśliwy zbieg okoliczności.
Tuż przed wyjazdem Ferdynand zapoznał się z rodziną Garnowskich. Panna Józefina Garnowska postanowiła poświęcić swe życie Bogu i wstąpić do klasztoru. Rodzice na próżno próbowali odwieść córkę od tego zamiaru. Panna Józefina miała twardy charakter i uparcie dążyła do celu. Spotkanie z młodym polskim zesłańcem wpływa na zmianę jej światopoglądu. Młody Polak, który walczył o wolność Ojczyzny, złożył w ofierze za wolność kraju swoje szczęście i powodzenie życiowe, przezwyciężył trudy niełatwego życia w zesłaniu – czyż nie dał z siebie wszystkiego? Czy nie zasłużył na posiadanie żony i rodziny? Czyż Polka – patriotka nie powinna z kolei złożyć w ofierze swojego uporządkowanego życia i dać powstańcowi szczęście rodzinne, pójść za nim na zesłanie i dzielić trudy życia? Taka ofiara będzie tak miła Bogu, jak i złożenie ślubów zakonnych.
Postanowione – Józefina wyjdzie za Ferdynanda!
Ale realizacja planu okazała się trudna – Józefina już złożyła pierwsze śluby zakonne. Trzeba było pojechać do Watykanu i poprosić samego Papieża, by wyraził zgodę na ślub. Papież udzielił zgody pod jednym warunkiem – Józefina miała do końca swych dni ubierać się wyłącznie na czarno. Józefina Garnowska-Budziszewska dotrzymała słowa – na starej fotografii, zrobionej już wiele lat po ślubie jest ubrana w czarną suknię. Piękne, surowe oblicze polskiej katoliczki-patriotki, godnej i wiernej żony polskiego zesłańca.
Los był łaskawy dla młodej pary. Na służbie w Baku Ferdynand odnosi wielkie sukcesy. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku zostaje zastępcą mera ( burmistrza) miasta, znanym i powszechnie szanowanym człowiekiem. Ferdynand odpowiada za przydział działek w Baku, wydaje zezwolenia na budowę domów mieszkalnych i obiektów przemysłowych.Na tym stanowisku słynie ze swej kryształowej uczciwości i bezinteresowności.
Józefina cały czas poświęcała na działalność charytatywną oraz brała aktywny udział w budowie kościoła katolickiego w Baku. Ferdynand przeszedł na emeryturę w stopniu ważnego statskiego radcy ( według tabeli o rangach cywilnych był to odpowiednik generał- majora). Zmarł w Baku w 1913 roku.
Państwo Budziszewcy mieli pięcioro dzieci: trzy córki – Jadwigę, Teresę, Wiktorię i dwóch synów – Pawła i zmarłego w dzieciństwie Antoniego.
Wiktoria poślubiła inżyniera przemysłu naftowego Franciszka Wiśniowskiego, urodziła mu pięcioro dzieci. Potomkowie Wiktorii do dziś dnia mieszkają w Baku. Paweł (1887-1958) miał troje dzieci – syn Anatol, córki Teresa i Józefa. Paweł kierował kancelarią znanego polskiego magnata naftowego Stefana Rylskiego. W jego domu poznał swą przyszłą żonę – Eugenię Wiśniewską. Po rewolucji Paweł wraz z rodziną został wysiedlony z własnego domu wprost na ulicę. Pozbawioną dachu nad głową rodzinę przygarnął ksiądz - pozwolił im zamieszkać w budynku polskiej szkoły przy kościele. Syn Pawła – Anatol Budziszewski w 1941 zgłosił się, jako ochotnik na front i zaginął bez wieści w bojach o wyzwolenie Polski w 1945 roku.
Józefa, młodsza córka Pawła, rwała się na front, pisała podania z prośbą o wysłanie jej w rejon działań wojennych. W końcu udało się jej wsiąść do pociągu idącego na front. Jednak ojciec zdążył przyjechać na dworzec przed odjazdem pociągu i sprowadził uciekinierkę z powrotem do domu.
![]() |
![]() |
![]() |
| Brat Jozefiny | Starszy brat Ferdynanda | Grzegorz Pałatnikow |
Po zakończeniu wojny Józefa wyszła zamąż za wojennego kadrowca Michała Pałatnikowa. W 1947 roku urodził się im syn – Grzegorz, a w roku 1949 – Aleksander.
Obecnie Grzegorz jest doktorem biologii, jest autorem ponad 50 opublikowanych prac naukowych. Jego główna specjalność – fizjologia ryb jesiotrowatych. Od 1955 roku bada wpływ zanieczyszczenia środowiska na aparat genetyczny żywych organizmów. Przez ostatnie lata badania prowadzone są we współpracy z naukowcami z amerykańskich uniwersytetów.
Olga Jurzanina-Makowielska
Artykuł pana Grzegorza Pałatnikowa "Осетровая история Каспия" (pdf, 1.4 Mb)
VELI BEK JEDIGAR

"4. VIII. 1990 roku na warszawskim cmentarzu muzułmańskim odbył się pogrzeb Veli bek Jedigara. Pochowano go z honorami wojskowymi w asyście kompanii WP. Odprowadzała go najbliższa rodzina, przyjaciele. Oddano honorowe salwy, orkiestra odegrała marsza żałobnego Chopina. Modły nad grobem odprawił Imam parafii warszawskiej i białostockiej Aleksander Ali Chalecki.”
Pogrzeb azerskiego księcia, Życie Warszawy, nr 181 (14477) 6 VIII 1990, s.8
22 grudnia 1947 generał Bór Komorowski skierował do Koła 7 Pułku Ułanów Lubelskich specjalne oświadczenie: „Stwierdzam, że w szeregach Armii Krajowej jeszcze w okresie konspiracji został odtworzony pod dowództwem ppłk Veli Jedigara 7 pułk Ułanów Lubelskich im. Gen. K. Sosnkowskiego, kryptonim "Jeleń". Pomny swej świetnej tradycji bojowej 1918-1920 i 1939 r. przepojony szczytnymi ideałami wiernej i ofiarnej służby żołnierskiej 7 Pułk Ułanów Lubelskich zapisał się chlubnie w historii Armii Krajowej. Widziałem jego dzielnych żołnierzy w pracy konspiracyjnej i w boju. Nie szczędzili oni trudów i poświęcenia aż do ofiary życia w wykonywaniu powierzonych im zadań." „Jestem dumny, że jako dowódca AK miałem możność mieć pod swoimi rozkazami 7 pułk ułanów”.
Naczelny Wódz, gen. Sosnkowski napisał o Veli Bek Jedigarze:„ Nie zapominając o losach swego rodzinnego kraju, był on jednocześnie dla Polski oddanym i najwierniejszym synem.”
Ułani Lubelscy, . s. 441-442
Spotyka mnie wielki zaszczyt w postaci otrzymanego od Biuletynu Koła Armii Krajowej zaproszenia do napisania wspomnień o Akowcu – moim Ojcu. Jestem wzruszona, gdyż zaproszenie przychodzi od kolegów z A.K., a także dlatego, że ja mogę napisać do Biuletynu znanego mi z lat dzieciństwa i młodości. Do niego przecież - wydawanego wówczas w Londynie - często pisywał mój Ojciec.
Płk dyplomowany Veli bek Jedigar był kontrowersyjną postacią w Kraju w latach powojennych. Z jednej strony uważany za osobę non - grata; „białogwardzista” w młodości walczący o niepodległość swojej pierwszej Ojczyzny - Kaukazu; z drugiej szanowany przez ważne osobistości wojskowe w Polsce, które twierdziły (w latach 70 tych), że „Veli nie musiał pozostać wierny Polsce skoro był Azerbejżaninem”. W tej sprawie słowa mego Ojca zawsze były te same: – „Zostać w Polsce podczas wojny było moim psim obowiązkiem”.
Veli bek Jedigar urodził się w październiku 1898 r, w rodzinnym majątku Takiało należącym do - też rodzinnego - rejonu Borczało – blisko Baku - w Azerbejdżanie. Kraj piękny, bogaty, gościnny, wiecznie walczący o swoją wolność.Jako młody chłopiec porzucił studia i poszedł na wojnę. Walki o wolność Kaukazu odniosły w końcu skutek. W roku 1918 Azerbejdżan, Gruzja i Północny Kaukaz ogłosiły niepodległość uznaną - de facto i de iure - przez Ligę Narodów.Gdy armia bolszewicka zajęła ponownie Kaukaz, ojciec i jego starszy brat - Abbas Ali (Arczył bek Jedigar), otrzymali rozkaz od ojca - pana na Borczało -aby natychmiast opuścili rodzinne strony. Chłopcy przedarli się do Gruzji a z niej uciekli statkiem do Europy. Podczas krótkiego postoju w Stambule zorientowali się, że szybko nie wrócą do domu. W tym czasie, kilka krajów (Turcja, Grecja, Francja i Polska) otworzyło swoje granice i zaproponowało azyl polityczny młodym oficerom z Kaukazu, wraz z obietnicą kontynuowania kariery wojskowej. Młodzi Jedigarowie wybrali daleki Lechistan.Decyzja ta nie była przypadkowa - w ich rodzinnym majątku pełnił służbę jako kucharz p. Marcin Janicki - polski powstaniec z 1863 r. Wieczorami, po zakończeniu swej pracy stary Polak opowiadał młodym Kaukazczykom „bajki” - bajki o wolności i jak się o nią walczy. Te prawdziwe opowieści wzbudziły w młodych głowach podziw i respekt dla narodu, który tyle i tak długo potrafił walczyć o swoją niepodległość – dlatego właśnie wybrali Polskę.
W roku 1921 Veli bek i Jego starszy brat Arczył bek przybyli do Polski. Zostali przyjęci bardzo gościnnie. Po ukończeniu różnych kursów dla oficerów, dostał Ojciec swój pierwszy przydział do 10- go pułku Strzelców Konnych, który stacjonował w Łańcucie. Podczas kolejnych manewrów zyskał uznanie gen. Janusza Głuchowskiego (Wiceministra Wojny) i pierwszego dowódcy 7 p ułanów lubelskich im gen K. Sosnkowskiego. Generał oraz jego małżonka p. Maria z Bukowskich Głuchowska zajęli się młodym Kaukazczykiem. Według wskazówek generała, ukończył Ojciec Wyższą Szkołę Wojenną (rocznik 1930-32), a następnie został przeniesiony do 7- go pułku ułanów, pułku, z którym związał się do końca swego życia.
Otoczenie, w którym przebywał, było w dużej mierze legionowe. Serdecznym przyjacielem Ojca stał się gen. Stanisław Grzmot - Skotnicki. Być może, za jego przyczyną Ojciec, pomimo że nigdy nie służył w Legionach, stał się legionistą z przekonania. Trzykrotnie w swoim życiu spotkał się z Marszałkiem. Pierwszy raz podczas przygotowania się do egzaminów w W.S.W. Umówiony z narzeczoną, zasiedział się w bibliotece belwederskiej. Z dużym opóźnieniem wyskoczył z pałacu, nie zdążywszy zapiąć przepisowo długiego wojskowego płaszcza. Biegnąc, wpadł na samotną spacerującą postać, która okazała się Pierwszym Marszałkiem Polski, Józefem Piłsudskim. Widząc przerażoną minę młodzika przy frontowym salutowaniu, Marszałek z uśmiechem spytał się: -„A powiedz mi no chłopcze, czy jest ładna?” – „Tak jest Panie Marszałku”, brzmiała odpowiedź. – „Aha, to leć, lecz zapnij sobie ten płaszcz”.
Następne spotkanie odbyło się podczas wizyty dostojnych gości z Turcji. Marszałek zażądał: „Zawołajcie mi tego Turka aby tłumaczył”. „Turkiem” był mój Ojciec.Trzecim i ostatnim spotkaniem była 3 minutowa warta przy katafalku Marszałka w maju roku 1935.Wojna zastała Ojca na stanowisku dyrektora naukowego w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Przedarł się do swojego pułku i brał udział w jego bitwach. Został wzięty do niewoli niemieckiej. Kilka miesięcy później zwolniono go jako „auslender” czyli obcokrajowca.
Natychmiast po dotarciu do Warszawy, zawiązał konspiracyjny 7 pułk ułanów; był twórcą i dowódcą „Jelenia” aż do 1944 r. Z opowiadań „Jego chłopców” – tak ich sam nazywał - wiem, że był bardzo surowym i akuratnym dowódcą, lecz równocześnie bardzo lubianym. Według wszystkich - towarzyszyła mu „gwiazda”, żołnierze szli do akcji spokojnie wtedy, gdy on szedł z nimi – wiedzieli, że wówczas nic złego im się nie stanie. Przyjaźń osobista z gen. Tadeuszem Bór Komorowskim sprawiła, że miał aż dwie funkcje w A.K. Poza swoim ukochanym pułkiem był Szefem Wydziału Kawalerii w Komendzie Głównej.Urodziłam się w 1942 r w stołecznym mieście Warszawa, moja matka Wanda z Eminowiczów bek Jedigar była łączniczką w „Jeleniu” a ja „pomagałam” jej wozić tajną pocztę w moim niemowlęcym wózeczku.W chwili gdy Zw. Sowiecki stworzył podporządkowany sobie przyszły aparat władzy w Polsce, zaczął nawoływać Warszawę do powstania, a Armia Czerwona zajmowała wschodnie ziemie Polski, gen. Bór-Komorowski osobiście dał Ojcu rozkaz wyjazdu na Zachód, a także obietnicę, że Powstania na razie nie będzie. Dnia 17 - go lipca 1944 r opuściliśmy Warszawę i wyjechaliśmy do Wiednia.
Po otrzymaniu tragicznej wiadomości o wybuchu powstania, ojciec wrócił przez zielona granicę do Polski. Niestety, było juz za późno. Pułk został zdziesiątkowany w wyniku nieudanego ataku na siedzibę Gestapo przy Alei Szucha. Wówczas Ojciec, zabezpieczywszy sztandar pułkowy, który został zakopany na terenie majątku pp. Bełkowskich w Nowym Dworze, wydał swój ostatni rozkaz: rozwiązał pułk.
W tych dramatycznych i - jak się miało okazać - ostatnich chwilach na polskiej ziemi, Ojciec odnalazł mego dziadka, Stanisława Eminowicza, który po zgonie na ulicy mej babci - Jadwigi z Bułharynów Eminowiczowej błąkał się po ruinach Warszawy. Udało mu się przekupić kogo trzeba i opuścił (wraz ze swym teściem) swoją drugą ojczyznę ostatnim niemieckim pociągiem ewakuacyjnym w chwili, gdy czołgi sowieckie zaczęły zajmować Warszawę. Rodzina połączyła się w Wiedniu i po trzech miesiącach podróży dotarła do Włoch. W II Korpusie nie uwierzono w zdradę sowietów; dopiero po tygodniu, gdy przedarli się inni uciekinierzy, władze polskie za granicą przyjęły do wiadomości tę kolejna tragiczną wiadomość.
![]() |
| Wanda Eminowicz |
Z Włoch wraz z Polskim wojskiem pojechaliśmy do Anglii. Zamieszkaliśmy początkowo w obozie Tilstok, którego Ojciec był komendantem, później przenieśliśmy się do Londynu. Rodzice cały czas szukali w obozach przejściowych swoich kolegów z AK.
Dla mnie, jako jedynego dziecka, są to czasy niezapomniane. Miałam cztery lata, byłam oczkiem w głowie przyjaciół mego Ojca: generała Bóra - Komorowskiego i jego uroczej żony Ireny, generała Janusza Głuchowskiego i jego żony a mojej matki chrzestnej, generała Władysława Andersa oraz kolegów pułkowych. Na życzenie podwładnych z „Jelenia” mój chrzest został (w swoim czasie) odłożony na czasy powojenne. Odbył się w Londynie, 28 grudnia 1947. Matką chrzestną była - jak już wspomniałam - generałowa Głuchowska, ojcem chrzestnym ówczesny Naczelny Wódz, generał Kazimierz Sosnkowski, którego reprezentował generał Bór - Komorowski (pamiętanie własnego chrztu to dziwne uczucie...).
Byłam z ojcem w dniu, w którym bojowe sztandary polskie zostały złożone do muzeum w Londynie, wówczas nie rozumiałam, dlaczego wszyscy byli niezwykle powazni, dlaczego generałowie mieli łzy w oczach...
Po wojnie i demobilizacji nie pozostawało nic innego tylko emigracja. Trafiliśmy do Argentyny. Przypłynęliśmy 28 lutego 1949 roku wojskowym transportem; razem z nami byli na statku ludzie, którzy nie mieli nic - nawet żadnych dokumentów.Natychmiast po przyjeździe ojciec przystąpił do tworzenia organizacji wojskowych: Samodzielnego Koła Armii Krajowej w Buenos Aires (był jego długoletnim prezesem), Koła 7 Pułku Ułanów a po pewnym czasie - Związku Kaukazczyków. Na koniec został wiceprezesem Organizacji ujarzmionych Narodów „Liberación Europea”; jej prezesem był Litwin, generał Teodor Daukantas, wielki przyjaciel Polaków.
Cztery lata po przyjeździe do Argentyny zmarła po długiej i ciężkiej chorobie moja matka. Do końca dzielnie prowadziła nasz skromny dom i w miarę możliwości pracowała społecznie. Po jej śmierci ojciec stał się odpowiedzialny za wychowanie jedynaczki. O pracę nie było łatwo, zwłaszcza polskiemu oficerowi zawodowemu. Pierwszych kilka lat pracował w porcie jako tragarz przy wyładowywaniu statków, później dostał pracę w fabryce wyrobów tekstylnych, również jako robotnik; zresztą nie był jedyny w takiej sytuacji. Oficerowie polscy - często nie pierwszej już młodości - pracowali jako nocni stróże (np. pułkownik dyplomowany Ziemowit Grabowski), robotnicy w różnych fabrykach (np. generał Jerzy Zawisza - w fabryce tworzyw sztucznych). Potem, samotni, w podeszłym wieku, umierali w przytułkach dla starców.
W miarę dorastania dzieliłam swój czas między naukę, pracę społeczną i prowadzenie domu; później jeszcze pracę zawodową.13 grudnia 1971 roku pułkownik Jedigar zmarł na trzeci zawał serca.
![]() |
| Zulejha hanum Jedigar-Kalinovska |
W jakiś czas później udałam się w podróż do Polski a potem do Anglii. Chciałam przekazać sporo pamiątek i papierów po Ojcu jego kolegom. I w Warszawie i w Londynie byłam niezwykle serdecznie przyjęta. Jedną z niezapomnianych chwil było oprowadzenie mnie przez generała Pełczyńskiego po londyńskim muzeum Polski podziemnej. Koło Absolwentów WSW, Rada Główna SPK z prezesem Soboniewskim na czele, Koło Pułkowe i wiele innych organizacji złożyło na moje ręce hołd mojemu Ojcu.
Parę lat później wyemigrowałam sama do Hiszpanii. W 1980 roku wyszłam za mąż za Jerzego Kalinowskiego, którego znałam jeszcze z Argentyny, stryjecznego wnuka św. Rafała Kalinowskiego.
4 sierpnia 1990 roku złożyłam prochy mych Rodziców na cmentarzu muzułmańskim w Warszawie, w asyście oddziału honorowego Wojska Polskiego. Moje marzenie zostało w ten sposób spełnione. Pułkownik Jedigar wracał do swojej drugiej ukochanej ojczyzny. Było to możliwe dzięki wielkiej pomocy udzielonej mi przez moich dobrych przyjaciół oraz Ojca kolegów. Argentyna i Polska wspólnie pokonały organizacyjne trudności.
Nie wiem, w jaki sposób zakończyć te wspomnienia. Może tylko tak: Ojciec wychował mnie na Polkę ale zawsze dumną ze swego Kaukazkiego pochodzenia.
Madryt, maj 2003.